Seweryn Blumsztajn

Nie znałem go w epoce Marca ’68, choć na własne oczy widziałem pacyfikację studentów na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Okropny widok, ponure doświadczenie. Nie byłem z nimi, bo byłem starszy o 20 lat. Ale Sewka wpychanego do suki nie mogłem wtedy widzieć, bo on od rana był już w więzieniu, dokąd poszedł za mnie i za innych, których nie zamknięto, a którzy myśleli jak on.

Poznałem go chyba na początku 1977 r. Był już i po odsiadce, i po studiach, które – usunięty z UW „za Marzec” – dokończył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Nie wyemigrował z Polski wraz z rodzicami. Był już żonaty ze swoją śliczną Zosią, zaraz chyba miała się urodzić ich córeczka.

Poznaliśmy się na jednym z robotniczych procesów w Radomiu, dokąd przyjechaliśmy w parę osób z Warszawy. Zapadła mi w pamięć okropna scena z radomskiego sądu. Trzeba było podawać personalia. Robiąc miny, urzędnik zapisał nazwisko Sewka i gdy na pytanie o narodowość Sewek odpowiedział: „polska”, skryba wyraził niedowierzanie: – Czyżby?!

Nie byłem w stanie spojrzeć na Sewka. On tymczasem… pewno się do tego bałwana ironicznie uśmiechnął. Ma taki swój uśmieszek, jakby podszyty poczuciem wyższości, co niektórych denerwuje, ale mnie bawi.

Wykonywałem najróżniejsze polecenia KOR-u, jeździłem, woziłem, robiłem to, co było potrzebne, aż Sewek ściągnął mnie do świeżo założonego z Joasią Szczęsną „Biuletynu Informacyjnego”. Zostałem członkiem redakcji, całkiem dobrze przez Sewka i Joasię traktowany. Nazywali mnie „ojczulkiem”. Joasia mało skreśleń robiła w moich tekstach, chociaż skreślanie to była jej specjalność. A Sewek odnosił się do mnie pobłażliwie, zawsze życzliwy i wyrozumiały dla głupszych od siebie. On zawsze wszystko najlepiej wiedział i na każde pytanie miał odpowiedź jedynie słuszną.

Na jego polecenie zorganizowałem grupę osób składających co miesiąc „Biuletyn Informacyjny” ze stosów papierzysk zwiezionych z podziemnych drukarń oraz siatkę kolporterów naszego pisma. Jakoś szczęśliwie woziłem te sterty i przetrzymywałem paki „Biuletynów” we własnej piwnicy i nigdy nie wpadłem.

Przez wszystkie lata podziwiałem wytrwałość, cierpliwość i pogodę Sewka niepoddającego się zmęczeniu i złym nastrojom. Zatrzymania, areszty, przesłuchania i rewizje znosił tak samo pogodnie. A przecież już dawno wyrzucono go – za KOR – z pracy. Szczęściem pracowała Zosia, ale z małym dzieckiem i SB na karku żyło im się niełatwo.

Tę współpracę z „Biuletynem” wspominam z sentymentem. Wszyscy robili to, co uważali za słuszne i ważne, a Sewek, który, jak słyszę, twardo dziś pilnuje finansów „Gazety”, dał mi nawet kiedyś sto złotych na benzynę, kiedy już nie miałem ani grosza, i to były jedyne pieniądze, jakie dostałem od opozycji.

„Solidarność” wchłonęła zespół „Biuletynu”, Sewek wdał się w redagowanie następnego biuletynu (Agencji Solidarności AS), rozszalało się nowe życie. Na pożegnanie dawnego urządziliśmy tłumny bankiet.

Zosia Blumsztajnowa z córeczką pojechała do rodziny we Francji, a przed Bożym Narodzeniem 1981 r. wyruszył do nich Sewek. Egoistycznie żałowałem później, że nie było go… w naszym obozie internowanych, pasowałby tam ze swoim kpiącym uśmieszkiem. On jednak w Paryżu zakładał polskie i francusko-polskie komitety „Solidarności” i znów redagował biuletyn, tym razem przedrukowujący materiały z prasy podziemnej w kraju. W 1985 r. próbował wrócić do Polski, ale zaraz go wsadzono w samolot do Paryża, ten sam, którym przyleciał. Daniel Passent zadrwił wtedy z niego w arcyprzymilnym wobec władz felietonie.

Już w wolnej Polsce byłem na drugim ślubie Sewka – z tą samą żoną, bo tak mu się życie ułożyło – i na ich weselu miód i wino piłem. A zawsze serdecznie go wspominam jako człowieka pracowitego, odważnego, prawdziwie oddanego sprawom ważnym.

Janusz Przewłocki

Źródło: Gazeta Wyborcza, wrzesień 2006