Mirosław Chojecki

Mirosław Chojecki, to mistrz tajemnic, idealny do konspiracji.

Kiedyś organizował wielką akcję rozrzucania ulotek. Wieczorem u jednego z jego współpracowników zadzwonił telefon. Ktoś powiedział: „Czwórka, zgłaszam się”. Dodał jeszcze zdanie typu: „Woda w czajniku wrze”. Człowiek, który odebrał telefon, rzucił słuchawką, uważając, że to głupi żart kolegów lub SB. Ale telefon dzwonił dalej. Zgłaszały się inne numery. A to 7, a to 64 i zdanie o czajniku. Współpracownik Chojeckiego zaczął na wszelki wypadek notować numery. Po dwóch godzinach odwiedził go Chojecki. – Dzwonili? – pytał w progu. – I jakie numery?

Okazało się, że każdemu rzucającemu ulotki kazał się odmeldowywać po akcji. Swego współpracownika jednak o tym nie uprzedził. – Wiedziałem, że się domyślisz, i zapiszesz. – Ale przecież mogło mnie nie być w domu? – Przecież masz szkarlatynę. – A dlaczego numery nie były po kolei? – Bo twój telefon jest na podsłuchu, a SB by wtedy wiedziało, ile było grup rzucających ulotki.

Chojecki był niesłychanie małomównym i przebiegłym konspiratorem. Kiedy umawiał się na dowiezienie papieru do drukarni, nigdy tego nie powiedział ani nie napisał. Mówił lub pisał na kartce, jeśli rzecz odbywała się w mieszkaniu, a potem tę kartkę palił: – To ja bym jutro tak pod wieczór wpadł.

I tyle. Kiedy wsiadał do samochodu, nie mówił, dokąd się jedzie. W aucie nie używał nawet słów: w prawo, w lewo. Pokazywał kierunek skinieniem głowy lub ręki.

Decyzje o tym, co wydawać, zapadały w NOW-ej kolegialnie. Ale wielki wpływ na program wydawniczy miał Adam Michnik. Był on fanem poezji i esejów Czesława Miłosza. I walczył, by wydawać po kolei książki Miłosza, niedostępne w oficjalnym obiegu w Polsce. Drukarze jednak nie rwali się do ryzykowania dla wierszy. Chojecki chciał wydawać przede wszystkim książki odkłamujące białe plamy w historii. Michnik przekonywał, że równie ważny jest Miłosz i w ogóle literatura piękna. Reasumując, NOW-a była wtedy jedynym polskim wydawcą całości Miłosza. W obiegu oficjalnym on nie istniał. A w 1980 r. Miłosz dostał Nobla.

Grzegorz Boguta, współzałożyciel NOW-ej, twierdzi, że Chojecki uprawiał konspirację w konspiracji. Zdarzało się, że wydawał jakąś książkę na własną rękę. Koledzy widzieli ją już przygotowaną do kolportażu.

Był często zatrzymywany przez SB. Wiosną 1980 r. razem z nieżyjącym już Bogdanem Grzesiakiem został zatrzymany pod zarzutem kradzieży powielacza. Było to kilka miesięcy po tym, jak NOW-a wydała „Blaszany bębenek” Güntera Grassa. I właśnie m.in. Grass podpisał apel o jego uwolnienie.

W mieszkaniu prof. Edwarda Lipińskiego, u którego zbierał się KOR, były wysokie krzesła-fotele. Chojecki przychodził spóźniony, kładł się na podłodze pod krzesłem i natychmiast zasypiał. Jak trzeba było, to ktoś go kopał, szybko informował, co jest grane, i Chojecki znów zasypiał. Zebrania KOR-u wydawały się mu – człowiekowi ze ścisłym chemicznym wykształceniem – za mało konkretne.

Jego mieszkanie w kółko rewidowało SB. Zabierali mu najbardziej absurdalne rzeczy. W lodówce trzymał rarytas – puszki z szynką, które woził robotnikom do Radomia. Wpadło SB i wzięło tę szynkę, razem z żółtym serem, który jego ówczesna żona Magda kupiła na kolację.

W sierpniu 1980 r. trafił do strajkującej Stoczni Gdańskiej. Razem z Konradem Bielińskim uruchamiali tam powielacze. Chojeckiego po kilku dniach SB zatrzymało, gdy opuścił na chwilę Stocznię. Po podpisaniu Porozumień Gdańskich kontynuował pracę dla NOW-ej i uruchamiał wydawnictwa „Solidarności” Regionu Mazowsze. Przed stanem wojennym wyjechał na Zachód, gdzie wydawał pismo „Kontakt” i założył Studio Video Kontakt.

Nadal jest bardzo lakoniczny i konspiracyjny.

 

Ewa Milewicz

Źródło: Gazeta Wyborcza