Maria Wosiek

Znajomi nie mówią na nią inaczej niż Lilka. Konkretna, poważna – taką ją zapamiętali z korowskich zebrań: – Jak powiedziała, że coś zrobi, to wiedziałam, że tak będzie – wspomina Ewa Milewicz.

Maria Wosiek, z wykształcenia teatrolog, pracowała w Instytucie Sztuki PAN i na KUL-u, jest współautorką wydawanego przez PAN monumentalnego „Słownika biograficznego teatru polskiego”. Przez kilkanaście lat wykładała na KUL-u historię teatru. Specjalizuje się w teatrze Kresów Wschodnich.

Od 1957 r. jest członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Była jednym z głównych organizatorów sekcji kultury KIK-u, na którą z niechęcią, a nawet wściekłością spoglądały komunistyczne władze. To tam odbywały się gorące debaty o pozycji inteligencji w Polsce, o antysemityzmie. Zarząd Klubu z „wybryków” młodzieży (sekcję tworzyli studenci) nieraz musiał się gęsto tłumaczyć.

Jak większość członków warszawskiego KIK-u Maria Wosiek była zaangażowana w odnowę soborową. Bliskie jest jej środowisko Lasek (jej siostra jest zakonnicą – franciszkanką).

Do KOR-u trafiła dzięki Janowi Józefowi Lipskiemu, z którym się przyjaźniła. – Byłam zaskoczona, bo nie jestem typem organizatora ani tym bardziej polityka. Sama bym się pewnie nie zgłosiła. Ale potraktowałam to jako misję i zgodziłam się – opowiada. Zajmowała się wszystkim, o co ją poproszono. – Miałam samochód, więc woziłam np. Mirka Chojeckiego, jeśli była taka potrzeba. Przepisywałam na maszynie biuletyny – mówi. Zawsze można było u niej schować książki czy maszynopisy.

W stanie wojennym Lilkę internowano. Przewieziono ją do Jaworza, gdzie w domu wczasowym dla poruczników spędziła ponad miesiąc. W ośrodku internowania życie kulturalne kwitło. Maria Wosiek: – Halina Mikołajska dawała przedstawienia, były lektoraty języków obcych i wykłady – historyczne, ale nie tylko. Jeden dotyczył życia seksualnego ślimaków.

Zawsze bezkompromisowa, w ogóle jej nie interesowały zyski, które można by czerpać z nieznacznych choćby ustępstw wobec władzy. Teresa Bogucka: – Kościół w PRL-u – więc podobnie i KIK – funkcjonował na takiej zasadzie, że z pewnych rzeczy nigdy nie ustąpi, a cała reszta codzienności jest do debaty, do gry z władzą. Umiejętność wyważenia, jak daleko wolno się posunąć w tej grze i ugodzie, nie była łatwa. Lilka była w tej sprawie – i wobec zwykłego księdza, i wobec KIK-u, i wobec Episkopatu – wymagająca. Uważała, że zasady etyczne i moralne są przed taktyką i że nigdy nie wolno zawierać ugody czyimś kosztem. Różne kalkulacje zysków w zamian za przyłączanie się do władzy w wykluczaniu jej przeciwników budziły jej święty gniew. Była głęboko zaangażowana w Kościół, ale i wiele wymagała od niego.

W „internacie” odmówiła podpisania lojalki, a potem… deklaracji, że odmawia podpisania. – Oficer był mocno zdegustowany – wspomina ze śmiechem Wosiek.

Gdy w 1979 r. kilku wybitnych działaczy socjaldemokracji szwedzkiej zaproponowało KOR-owi status obserwatorski w II Międzynarodówce, zapanowała konsternacja. Wosiek była wśród tych, którzy stanowczo sprzeciwili się temu pomysłowi (obok m.in. ks. Ziei, prof. Kielanowskiego, Haliny Mikołajskiej), ostrzegając przed upolitycznieniem KOR-u. Propozycję odrzucono.

W Instytucie Sztuki dołączyła do „Solidarności”. Po 1989 r. nie angażowała się w życie polityczne.

A prywatnie? Przyjaciele lubią jej poczucie humoru, umiejętność barwnego opowiadania. Ale ma też ponoć skłonność do raptownych zmian nastrojów. I bywa roztrzepana.

 

Katarzyna Wiśniewska

Źródło: Gazeta Wyborcza