Leszek Kołakowski (1927-2009)

Jego wejście do KOR-u było czymś naturalnym ze względu na drogę życiową. Gdyby był wówczas w Polsce, to jego udział byłby oczywisty. Ale od wielu lat był emigrantem, wyrzuconym z Uniwersytetu Warszawskiego, opluwanym i dyskredytowanym.

Był tam, w Oksfordzie, niezwykle oddany sprawie, której KOR służył. Poprzez swoje pisarstwo, interwencje; listy protestu i poparcia, wywiady, poprzez udział w akcjach pomocy i wywieranie presji na znanych sobie polityków zachodnich. Pamięć nasuwa wspomnienie wielkiej akcji, którą współsygnował z Włodzimierzem Brusem – „Apelu na rzecz Polskich Robotników”, której celem była pomoc w działaniach KOR-u na rzecz prześladowanych.

Jego przyjęcie do KOR-u miało też walor symboliczny. Było świadomym aktem odrzucenia tabu, które władzom komunistycznym udawało się przez dziesięciolecia narzucać wielu „krajowcom”, nawet im wrogim, izolując Polskę od emigracji politycznej. Dzisiaj trudno sobie ten czas przypomnieć, ale w wielu kręgach panowała nieufność, podejrzliwość, jeżeli nie wrogość wobec emigrantów – bo byli gdzie indziej, bo mieli szanse, których my nie mieliśmy, bo mieli poglądy, głosili idee, których nie akceptowaliśmy…

Znany był konflikt Leszka Kołakowskiego z grupą przyjaciół warszawskich, gdy opublikował w 1971 r. w paryskiej „Kulturze” swój sławny esej „Tezy o nadziei i beznadziejności”. „Kultura” była wówczas w tym środowisku, które ewoluowało od wielu lat ku opozycyjności, uważana za pismo obce. Myślę, że istotną rolę odgrywała tu po prostu emigracyjność pisma, któremu z tego już tytułu odmawiano prawa zabierania głosu w sprawach krajowych.

Kołakowski był zarówno „stąd”, jak i „stamtąd”. Był w KOR-ze symbolem więzi, która łączyła przeciwników PRL-owskiej opresji w kraju i na emigracji. Miejsce Leszka w KOR-ze było też naturalne z tego względu, że zaliczać go można do ojców duchowych rodzącego się ruchu ze względu na jego żarliwą opozycyjną publicystykę i eseje filozoficzne z 1956 r., z lat 60. i z czasów emigracji. Trudno przecenić wpływ, jaki miały one na kolejne pokolenia polskiej inteligencji.

Najsilniejszy związek z ideami, do których bezpośrednio odwoływał się KOR, miały na pewno wspomniane „Tezy…”. Leszek tłumaczył w nich, dlaczego można i trzeba zachować nadzieję i co należy czynić. Esej kończy się słowami: „Nie jest to może perspektywa rozweselająca, ale nie jest fantazyjna, w odróżnieniu od tych perspektyw, które każą liczyć na cud, na pomoc zewnętrzną lub na automatyczną samonaprawę zgrzytającego mechanizmu pozostawionego własnemu bezwładowi. Istotne jest, że środki presji znajdują się pod ręką, są w dyspozycji niemal każdego. Polegają tylko na wyciąganiu konsekwencji z najprostszych przykazań, które zakazują przemilczania świństw, czapkowania przed panem, wyłudzania jałmużny za pokorę i innych podobnych zachowań. Z własnej godności czerpiemy prawo, aby stare słowa »wolność «, »sprawiedliwość « i »Polska « móc wypowiadać pełnym głosem”.

Wielu członków KOR-u nie ma już wśród żywych. Wielu odeszło daleko od korowskiej filozofii otwartości na innych, budowy szerokich porozumień społecznych ku nieuchronnie cząstkowym zaangażowaniom politycznym i przeciwstawnym opcjom ideowym. Przyjaźń i szacunek wzajemny ustąpiły często miejsca wrogości i pogardzie. Kto lepiej niż Kołakowski może dziś symbolizować czystość i zarazem radykalizm ówczesnego zaangażowania? Ów swoisty cud, gdy spotkali się ludzie, którzy przyszli z różnych stron i po krótkiej, ale jakżeż historycznie doniosłej wspólnej przygodzie znów poszli w różne strony. Nawet jeżeli postulowana kiedyś półżartem przez Kołakowskiego synteza konserwatyzmu, liberalizmu i socjalizmu nie może się spełnić, to ruch korowski był momentem i miejscem, w którym z szacunkiem odnoszono się do każdej z tych opcji, w każdej z nich widząc drogę do wolności.

 

Aleksander Smolar