Ks. Jan Zieja (1897-1991)

W czasie okupacji był naczelnym kapelanem Szarych Szeregów, współpracownikiem Rady Pomocy Żydom „Żegota”. A przy tym – pacyfistą, wielbicielem filozofii Gandhiego.

Wierzył w Kościół ubogi, sam ubóstwo praktykował radykalnie. Do Rzymu wybrał się raz w stroju poleskiego żebraka, któremu po drodze oddał swoje kapłańskie szaty. Strażnicy przed Bazyliką św. Piotra długo się zastanawiali, czy go wpuścić.

Lgnęli do niego niewierzący. W KOR-ze zaprzyjaźnił się z Jackiem Kuroniem. Ilekroć ten twierdził, że jest ateistą, Zieja gorąco zaprzeczał: – Masz miłość, to masz Boga, a kto ma Boga, nie potrzebuje religii. Szukać oczywiście trzeba całe życie, ale nie myśl, że dużo więcej znajdziesz.

Jego dwa kazania przeszły do legendy. W 1953 r. internowano prymasa Wyszyńskiego, ogłaszając, że wszystko stało się za zgodą biskupów. Episkopat oficjalnie nie zaprzeczał. W warszawskim kościele Wizytek ks. Zieja biskupów skrytykował. O aresztowaniu Prymasa mówił publicznie. Wkrótce dostał nakaz opuszczenia miasta jako „uciążliwy obywatel”. Premier Józef Cyrankiewicz ostrzegał biskupa diecezji warszawskiej Józefa Majewskiego: „Trzeba go poza Warszawę wziąć, musi wyjechać”.

W 35. rocznicę wkroczenia Armii Czerwonej do Polski, 17 września 1974 r., ks. Zieja wygłosił kazanie, w którym poruszył kwestię pojednania polsko-rosyjskiego. Mówił też o prawie do istnienia narodów litewskiego, białoruskiego i ukraińskiego. Właśnie wtedy zyskał popularność w kręgach przyszłego KOR-u.

Adam Michnik: – Byłem pod takim wrażeniem, że zaniosłem to kazanie Antoniemu Słonimskiemu. „Niezwykłe – powiedział. – Ale z drugiej strony… On ma 79 lat, sztuczną zastawkę w sercu i wierzy w Boga, więc co mogą mu zrobić?”.

Do ks. Ziei z prośbą o podpis pod apelem ogłaszającym powstanie KOR-u zwrócił się Wojciech Ziembiński. Obok Anieli Steinsbergowej, adwokatki w procesach żołnierzy AK, działaczki PPS-u, i Józefa Rybickiego, oficera AK, wieloletniego więźnia PRL-u, ks. Jan był jednym z najstarszych członków KOR-u.

– Starsi Państwo, jak na nich mówiliśmy, nie byli kwiatkiem do kożucha. Bez ich akceptacji żadne uchwały, oświadczenia nie mogły przejść – mówi Anka Kowalska. W KOR-ze ks. Jan Zieja przewodniczył Radzie Funduszu Samoobrony Społecznej odpowiedzialnego za zbiórkę i rozdział pieniędzy dla robotników.

Wysoki i chudy, z długą siwą brodą, przypominał biblijnego proroka. Anka Kowalska: – Pamiętam go z zebrań KOR-u u prof. Lipińskiego. Raz na miesiąc w domu profesora, który przypominał muzeum, spotykaliśmy się wszyscy. Zapamiętałam spojrzenie ks. Ziei, jego nieprawdopodobnie świetliste oczy, a przecież to był starzec.

Ks. Zieja na ogół nie brał udziału w dyskusji, przysłuchiwał się. Powstrzymywał się od komentarzy nawet w trakcie burzliwych sporów.

 

Katarzyna Wiśniewska

Źródło: Gazeta Wyborcza