Konrad Bieliński

Na Konrada Bielińskiego, członka Komitetu Samoobrony Społecznej „KOR”, w końcówce lat 70. natknął się patrol milicyjny. – Dowód osobisty – usłyszał. Uciekł, ciągnąc za rękę towarzyszącą mu dziewczynę. Lubił sytuacje ekstremalne. Na żaglówce i na boisku piłki nożnej, gdy bywał ostrym bramkarzem, np. w meczu Klub Inteligencji Katolickiej kontra Niezależna Oficyna Wydawnicza. Rozważny i zapobiegliwy robił się, gdy chodziło o sprzęt.

Bieliński i Mirosław Chojecki zajmowali się w Niezależnej Oficynie Wydawniczej sprzętem, tzn. jego zdobywaniem, konstruowaniem i udoskonalaniem. Bieliński był w tym mistrzem, także dlatego, że często sam drukował. Znał więc powielacze do ostatniej śrubki. W czasach NOW-ej wszystko trzeba było kombinować: papier, farbę, sprzęt, dużo miejsc na drukarnie. Trzeba je było bowiem ciągle zmieniać ze względów bezpieczeństwa. A ludzie się nie rwali do tego, aby lokować drukarnie u siebie.

Bieliński robił wrażenie na kobietach. Miał 27 lat, gdy KOR się zaczynał, ujmującą umiejętność słuchania i długie włosy, które ciągle odrzucał na bok. To była skuteczna metoda na znajdowanie współpracowników. Wśród współpracowników i Bielińskiego, i Chojeckiego udział kobiet był nieproporcjonalnie duży.

Miał fantazję. W grudniu 1979 r., tuż przed rocznicą wydarzeń grudniowych, przywiózł do pewnego mieszkania kilka tysięcy ulotek zawiadamiających o mszy za ofiary strzałów na Wybrzeżu. Po jakimś czasie do mieszkania zapukało SB. Bieliński wyskoczył z pierwszego piętra i uciekł. Tylko on miał dostęp do reszty paczek z ulotkami i nie chciał pójść siedzieć.

Gdy chodziło o sprzęt, nie znał słowa „niemożliwe”. Na początku sierpnia 1980 r., na tydzień przed strajkiem gdańskim, pewien cudzoziemiec przemycił w swoim busie z Zachodu powielacz dla NOW-ej. Powielacz w częściach był ukryty między rowerami i namiotami. Bieliński odebrał te części, a cudzoziemiec pojechał pod namiot, gdzieś na Kaszuby. Wtedy Bieliński odkrył, że brakuje ważnej części. Szukaj wiatru w polu. Bieliński się nie poddał. I po kilku dniach przeczesywania Kaszub gdzieś na podwórku u gospodarza znalazł owego cudzoziemca. Ten wygrzebał spod stosu klamotów część do powielacza.

Dzięki tej przygodzie Bieliński był blisko Stoczni Gdańskiej, gdy rozpoczął się strajk. Tam się zaraz okazało, że potrzebny jest biuletyn strajkowy, a do tego powielacz. I Bieliński z Chojeckim zaraz go zaczęli konstruować z czegoś, co było na terenie Stoczni. Razem m.in. z Mariuszem Wilkiem i Krzysztofem Wyszkowskim zaczęli drukować „Strajkowy Biuletyn Informacyjny Solidarność”.

Choć wtedy na Kaszubach wierzył, że znajdzie zagubioną część, to w innych sytuacjach tak optymistyczny nie był. Gdy wyjeżdżał ze Stoczni po podpisaniu Porozumień Gdańskich, mówił: „I tak nas zamkną”. Jest urodzonym pesymistą.

Spełniło się 13 grudnia 1981 r., kiedy został internowany. Zapragnął zejść do podziemia. Zażądał zarazków duru brzusznego. Pierwsza dawka przemycona mu do aresztu w Białołęce nie podziałała. Po kolejnej zachorował. Wyszedł do wolnościowego szpitala, a stamtąd szybko do podziemia zszedł. Razem ze swoją przyszłą żoną Ewą Kulik organizowali nie tylko podziemie mazowieckiej „Solidarności”, ale też pracę centralnych podziemnych władz „S”. I po czterech latach SB ich zamknęło. Do więzienia Bieliński, matematyk, zażądał dostarczenia książek matematycznych. Konspirować nie mógł, a nudzić się nie lubił. Jak nadeszła wolność, zaczął pracować jako informatyk.

 

Ewa Milewicz

Źródło: Gazeta Wyborcza