Józef Rybicki (1901-1986)

W czasie antysemickiej nagonki w marcu 1968 r. dziennikarka z radia próbowała namówić na wywiad Józefa Rybickiego – wielką postać środowiska AK

Na całym świecie oskarżano wówczas PRL o antysemityzm, więc władze rozpoczęły kampanię przypominania, jak podziemie pomagało Żydom. Marian Brandys tak opowiedział przebieg tej wizyty:

„Doktor Józef spokojnie wysłuchał gościa, po czym zatarł ręce i powiedział:

– Tylko trudność polega na tym, że ja w takim wywiadzie musiałbym wystąpić pod swoim prawdziwym nazwiskiem, a nie wiem, czy to będzie odpowiadało redakcji.

– Ależ oczywiście – ucieszyła się dziennikarka. – Pańskie zasłużone nazwisko będzie najlepszą rękojmią…

– Ale to nie jest moje prawdziwe nazwisko – uśmiechnął się krzywo doktor Józef. – Ja jestem Żydem i naprawdę nazywam się Fiszman”.

Dziennikarka uciekła w panice (podobno zapomniała nawet zabrać mikrofon). Kilka dni później do Rybickiego zadzwonił jego bratanek Zygmunt, członek Komitetu Warszawskiego PZPR i przedstawiciel partyjnego betonu, a także prorektor Uniwersytetu Warszawskiego odpowiedzialny za brutalne stłumienie studenckich protestów. – Wuju, co zrobiłeś? – powiedział z pretensją zaufany człowiek władzy i jeden z uczestników antysemickiej kampanii Gomułki. – Teraz SB siedzi w archiwach i sprawdza moją metrykę.

– Składamy do grobu sumienie Armii Krajowej – powiedział w czasie pogrzebu Józefa Rybickiego jego towarzysz walki Stanisław Broniewski „Orsza”, naczelnik Szarych Szeregów. Rybicki – żołnierz 1920 i 1939 r., oficer AK, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych – był dla środowiska kombatantów i znacznej części polskiej inteligencji niekwestionowanym moralnym autorytetem.

Kilku członków KOR-u, których pytałem o Rybickiego, zaczęło odpowiedź od słów: „Był to człowiek niezwykle prawy”.

Dawał tego dowody przez całe życie. W 1937 r. Rybicki – z wykształcenia filolog klasyczny – był p.o. dyrektora Państwowego Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Nowogródku. Kiedy władze oświatowe zażądały, żeby zlikwidować w szkole lekcje białoruskiego, Rybicki zaprotestował – i został usunięty ze stanowiska.

W czasie wojny – pod pseudonimami „Andrzej” i „Maciej” – był jednym z dowódców warszawskiego Kedywu, legendarnego oddziału zajmującego się m.in. sabotażem i wykonywaniem wyroków na kolaborantach oraz konfidentach gestapo. Razem ze swoimi podkomendnymi walczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie zaangażował się w antykomunistyczną konspirację. Należał do I zarządu WiN-u i wraz z jego członkami został aresztowany w 1947 r. Skazany na dziesięć lat więzienia, w ostatnim słowie prosił o łagodny wyrok dla jednego ze swoich podkomendnych. Przez całe życie czuł się wychowawcą młodzieży i tę rolę odgrywał także wobec wielu młodych członków KOR-u.

– Dla KOR-u był niesłychanie ważny – mówi poetka Anka Kowalska. – Człowiek niesłychanie poczciwy i dobry. Nieustannie się martwił, że władza komuś z nas, młodych, zrobi krzywdę. Równocześnie miał niewzruszone zasady moralne. Na każdą niegodziwość reagował fizycznie – pąsowiał, kiedy tylko o niej usłyszał. Był niesłychanie głęboko wierzący i często nie odpowiadały mu np. poglądy Jacka Kuronia, ale szanował go jako dobrego człowieka – dobrego w najgłębszym, ewangelicznym sensie.

– Reprezentował w Komitecie siebie samego, swoją wielką postać, wspaniałą osobowość, ale był również jakimś symbolem wielkiej legendy Armii Krajowej. Niektórzy z nas byli tej armii żołnierzami, ale wielkim bohaterem tamtych czasów on był właśnie – mówił Jan Józef Lipski nad grobem Rybickiego.

 

Adam Leszczyński

Źródło: Gazeta Wyborcza