Jan Lityński

W 1968 r. mieliśmy tego samego śledczego. Powiedział do mnie: „Ten pana Jasiu taki mały, a wszędzie był, wszędzie był”. Dobrze to ujął kapitan Niewiara. W naszym roczniku niewiele jest takich biografii jak Janka Lityńskiego, on rzeczywiście zdążył na każdą rewolucję.

Z Klubu Michnika, buntowniczego klubu dyskusyjnego licealistów, Janka nie pamiętam, choć tam bywał. Poznałem go w 1965 r., kiedy przyszedł do mnie w dniu wypuszczenia mnie z więzienia (siedziałem w związku ze sprawą „Listu otwartego…” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego). Byliśmy wśród kilkudziesięciu osób, które wtedy bawiły się na UW w tajne kółka samokształceniowe. Studiowaliśmy grzecznie marksistowskie lektury zalecone nam przez Kuronia i Modzelewskiego, ale najbardziej lubiliśmy czytać paryską „Kulturę”.

Janek był na uniwersytecie rok wyżej (jest jak ja z 1946 r., ale ze stycznia), studiował matematykę na sekcji teoretycznej – dla tych najzdolniejszych. Szkoda jego talentu, ale już w latach 60. bardziej niż równania różniczkowe interesowały go rozważania, „czy nomenklatura ma charakter klasowy”, no i życie towarzyskie.

Lata 1965-68 to zabawa w „komandosów”, jak nas nazwał I sekretarz uniwersyteckiej organizacji partyjnej. Protestowaliśmy przeciw skazaniu Kuronia i Modzelewskiego, fetowaliśmy dziesiątą rocznicę Października ’56, zadając trudne pytania, rozbijaliśmy zebrania zetemesowskiego Studenckiego Ośrodka Dyskusyjnego. Zawieszano nas za to, robiono dyscyplinarki, a my zbieraliśmy listy w naszej obronie. Janek wyszedł z tego tylko z jednym upomnieniem rektorskim. Ale studiów już nie skończył, bo w 1968 r. wybuchła sprawa „Dziadów”, a potem Marzec.

Przeciwko zawieszeniu spektaklu „Dziadów” w Narodowym udało nam się zebrać na warszawskich uczelniach ponad 3 tys. podpisów, mimo że wiele list nam zabrali. To był jak na ówczesne czasy rekord świata.

Przed wiecem 8 marca Janek spał u mnie i wszyscy się potem śmiali, że Lityński ukrywał się u Blumsztajna. Wzięli nas obu o 6 rano, Janka jednak puścili po 48 godzinach, tak że zdążył jeszcze przez dwa dni być członkiem komitetu strajkowego na wydziale. Potem już go wsadzili na dobre. Dostał 2,5 roku – bo rzeczywiście był wszędzie. Wyszedł z więzienia po amnestii w sierpniu 1969 r.

Wziął pierwszą pracę, jaką mu dali w pośredniaku, został szlifierzem w Polferze na Dzielnej. To była demonstracja – wedle marcowej propagandy byliśmy dziećmi czerwonej burżuazji i gardziliśmy robolami. Wytrzymał pół roku tego szlifierstwa i w końcu wylądował jako programista w jakimś instytucie badawczym, aż go w 1977 r. wyrzucili za KOR.

Kiedy tylko KOR powstał, jak zawsze był wszędzie. Jeździł do Radomia, był w pierwszym składzie redakcji „Biuletynu Informacyjnego”, był członkiem redakcji bardziej już teoretycznej „Krytyki”, pomagał Romaszewskim w Biurze Interwencyjnym i zaliczył w 1979 r. głodówkę w kościele św. Krzyża. Zawsze ciągnęło go do ruchu robotniczego, więc najbardziej odnalazł się w „Robotniku”. W 1978 czy 1979 r., kiedy „Robotnik” miał już dużo kontaktów z robotnikami, zawsze u Janka można było spotkać kogoś z Radomia, ze Śląska czy z Elbląga. Może to geny, bo przecież ma w rodzinie wielkiego przywódcę PPS-u Feliksa Perla.

Kiedy przyszła „Solidarność”, Janek nie mógł się do niej zapisać – po prostu nigdzie nie pracował. Został więc doradcą Międzyzakładowej Komisji w Wałbrzychu. Ściągnął go tam jeden z robotników, którego broniliśmy w czasach KOR-u. Był też później doradcą w regionie Mazowsze „S” i w Hucie im. Lenina, ale z Wałbrzychem już się nie rozstał i po 1989 r. był przez wiele lat posłem z tego regionu.

Internowano go 13 grudnia 1981 r. Po roku prawie, we wrześniu, oskarżono o próbę obalenia ustroju i wraz z innymi korowcami wylądował jak zawsze na Rakowieckiej. Wyszedł na przepustkę w czerwcu 1983 r. i zszedł do podziemia. Został członkiem władz regionu w Warszawie, uczestniczył często w naradach władz krajowych, czyli Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej. O konspiracji Janka wszyscy mówią jak najgorzej. Spóźniał się, pojawiał się niespodziewanie na imprezach towarzyskich, słowem – nie przyjmował do wiadomości tej całej konspiry. A w końcu to Bujaka złapali, a Janka nie. Wyszedł z podziemia razem z Wiktorem Kulerskim jesienią 1986 r., kiedy wypuszczono z więzienia Bujaka i innych.

Zdążył jeszcze napisać kilka tekstów w prasie podziemnej, wziąć udział w strajku w Jastrzębiu w 1988 r. Potem już był Okrągły Stół (podzespół ds. górnictwa) i fotografia z Wałęsą.

Seweryn Blumsztajn

Źródło: Gazeta Wyborcza, wrzesień 2006