Jacek Kuroń (1934-2004)

Urodził się w 1934 r. we Lwowie, mieście Polaków, Żydów, Ukraińców i Ormian, w rodzinie o tradycjach socjalistycznych.

Zaczynał jako młodzieżowy działacz komunistyczny i wychowawca harcerski (rozliczał się z tym czasem w autobiografii „Wiara i wina. Do i od komunizmu”). W 1964 r. (razem z Karolem Modzelewskim) napisał „List otwarty do członków partii”, w którym poddał krytyce – z pozycji marksistowskich i rewizjonistycznych – system komunistyczny. Za rozdanie kilkunastu egzemplarzy „Listu” został aresztowany i skazany na trzy lata więzienia.

„Zostałaś stworzona na żonę kryminalisty” – kwitował Jacek Kuroń listy i paczki słane przez żonę Gajkę do więzienia. Odtąd przez następne kilkanaście lat będzie ona żyła w rytmie wyznaczanym przez kolejne odsiadki Jacka: przygotować paczkę, zanieść list do prokuratury, żeby szybciej doszedł, jechać na widzenie.

8 marca 1968 r. Jacek Kuroń nie zdążył wziąć udziału w wiecu na Uniwersytecie Warszawskim, aresztowany tego dnia rano skazany został na 3,5 roku więzienia za jego organizowanie.

Po Czerwcu 1976 był współorganizatorem pomocy dla represjonowanych robotników Radomia i Ursusa, współtwórcą Komitetu Obrony Robotników. To jego mieszkanie stało się na lata skrzynką kontaktową, gdzie zbierano informacje o represjach i społecznym oporze (to on wraz z żoną Gajką pełnił nieustający dyżur przy telefonie, a jego numer 39 39 64 znali na pamięć wszyscy uczestnicy opozycji tamtych lat). To on osobiście przełamał komunistyczny monopol informacyjny, dzwoniąc do korespondentów zagranicznych i do Radia Wolna Europa.

Kiedy w maju 1977 r. Jacka znowu aresztowano, jego żona była już nie tylko „wzorową żoną kryminalisty”, ale wzięła na siebie ciężar jego obowiązków i prowadziła biuro KOR-u: przygotowywała komunikaty i przekazywała informacje zagranicznym dziennikarzom.

Aresztowany w sierpniu 1980 r., wyszedł z więzienia na mocy Porozumień Sierpniowych. Doradca NSZZ „Solidarność”, w stanie wojennym internowany, a później skazany, razem był wtedy więziony 2,5 roku.

Po 1989 r. był współzałożycielem Unii Demokratycznej, później w Unii Wolności. Poseł na Sejm III RP, dwukrotnie minister pracy, stworzył fundację Pomoc Społeczna SOS.

Ostatnie lata jego życia były jednym wielkim chorowaniem – tętniak aorty, udar mózgu, rak gardła, amputacja nerki. Już pięć lat przed śmiercią było tak źle, że zarówno jemu, jak i jego przyjaciołom wydawało się, że zbliża się koniec. 3 marca 1999 r. – w jego 65. urodziny – telewizja w porze największej oglądalności wyemitowała jego testament. Zwracał się w nim do przyjaciół, do społeczeństwa, do rządzących, by po jego śmierci zadbano, aby w budżecie znalazły się pieniądze na edukację i na wychowanie przyszłych pokoleń w szacunku do mniejszości narodowych.

Aż do końca, nawet przykuty kroplówką do szpitalnego łóżka, próbował uczestniczyć w życiu publicznym i interweniował w różnych sprawach, dyktował też teksty przeciwko lustracji, zaognianiu stosunków polsko-

-ukraińskich czy gwałceniu praw człowieka w Chinach i Tybecie. Zamartwiał się, że jego wymarzona wolna Polska nie daje równych szans wszystkim, a jemu nie starcza sił, by bronić słabszych.

Nie dożył pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, z której pewnie cieszyłby się jak nikt inny.

Był rzadkim połączeniem buntownika i człowieka kompromisu, zawsze gotów nieść pomoc, wybaczać, negocjować i z każdym rozmawiać. Był sumieniem polskiej polityki

Anna Bikont, Joanna Szczęsna

Źródło: Gazeta Wyborcza