Halina Mikołajska (1925-1989)

U progu jej kariery aktorskiej, niedługo po wojnie, napisano: „Narodziny nowej polskiej tragiczki”.

Gdy zaangażowała się w działalność opozycyjną w latach 70., Erwin Axer, dyrektor Teatru Współczesnego w Warszawie, stwierdził: – Z wielkiej aktorki stajesz się dyletantką w polityce. Odpowiedziała ostrym listem, że nie interesuje jej polityka, tylko moralna strona rzeczywistości.

Lektura książki Bogusława Drewniaka „Teatr i film III Rzeszy”, którą jesienią 1975 r. dostała od Adama Michnika, była dla niej wstrząsem. Przykrawanie klasyków niemieckiej dramaturgii dla potrzeb ideologii nasuwało analogie ze stalinizmem i komunizmem. Nie grała wprawdzie nigdy w produkcyjniakach, ale miała moralnego kaca. „Nagrody i bankiety, nie tyle u Goebbelsa, co u Bieruta, Sokorskiego czy Cyrankiewicza – pisała. (…) Jestem cząstką pewnego obrzydliwego monopolu, monopolu propagandy”.

Kiedy pod koniec 1975 r. władza zapowiedziała wprowadzenie do konstytucji poprawek o nienaruszalności sojuszu Polski z ZSRR i o kierowniczej roli partii, Mikołajska napisała do męża Mariana Brandysa: „Czuję rosnącą falę gówna i czuję, że jeszcze można zrobić gest”. Złożyła podpis pod protestem 59 intelektualistów. Władza zrewanżowała się zapisem cenzury na jej nazwisko – aktorka miała zniknąć z okienka telewizora, z radia i gazet.

Do KOR-u weszła sześć dni po jego powstaniu. Jeździła na radomskie procesy (w sądzie „prawdziwi robotnicy” syczeli: „Ty kurwo, za żydowskie dolary…”), zbierała pieniądze dla prześladowanych, w garderobie podsuwała aktorom protesty do podpisu (czasem napotykała lodowate twarze). Marian Brandys zanotował w dzienniku, że gdyby nie postawa Axera, który oparł się naciskom, Mikołajską wyrzucono by ze Współczesnego. Pozostała w zespole, ale rola Raniewskiej w „Wiśniowym sadzie” (1976) była ostatnią przed Sierpniem.

Odtąd w mieszkaniach, domach kultury, salach parafialnych i kościołach całej Polski występowała z recytacjami Miłosza, Wojtyły, poezji maryjnej. Głodowała w warszawskim kościele św. Krzyża (jesień 1979) na znak solidarności z aresztowanymi w Czechosłowacji dysydentami. Udzielała noclegu w swoim domu aptekarkom, ekspedientkom, studentkom z prowincji potrzebującym w czasach KOR-u i „Solidarności” pomocy.

Bezpieka zatykała jej zamki w drzwiach, oblewała samochód lakierem, przecinała opony, głos w słuchawce chrypiał: „Człowieka łatwo zabić”. Krzyczała do telefonu: „Dlaczego mi to robicie?!”. Zaszczuwana podjęła próbę samobójczą w grudniu 1976 r.

Huragan braw przywitał ją na koncercie w dniu rejestracji „Solidarności”, w listopadzie 1980 r. – Zwisam ze sceny jak sztandar narodowy – żartowała z goryczą. Wiedziała: już nie patrzą na nią jak na aktorkę, tylko jak na Emilię Plater.

W stanie wojennym internowana w Darłówku. Powróciła do żarliwych praktyk religijnych. Jesienią 1983 r. ostatecznie rozstała się z zawodową sceną. Napisała do Kazimierza Dejmka, swojego ostatniego dyrektora, że kiedy poddaje się pół duszy, to tak, jakby się całą duszę poddało… Latem 1986 r. wykryto u niej raka. Stwierdziła, że czuje jakiś rodzaj ulgi, bo już nie musi niczego demonstrować.

W czerwcu 1989 r. na noszach zniesiono ją do punktu wyborczego w szpitalu. Zmarła 17. dnia nowej Polski.

 

Magdalena Grochowska

Źródło: Gazeta Wyborcza