Anka Kowalska (1932-2008)

Kiedyś na korowców, którzy pojechali do radomskiego sądu udzielić wsparcia represjonowanym robotnikom, poleciały jajka. Jedno trafiło Ankę Kowalską. Surowe żółtko rozmazało się jej na głowie, białko ściekało po szyi. – Świetnie – śmiała się, rozczesując włosy – mam odżywkę do włosów.
Bo Kowalska nawet nieprzyjemne wydarzenia umiała przerobić na pogodne. Na początku KOR-u spotkała przed furtką swego domu dwoje znajomych ludzi. Uznała, że to są osoby, którym KOR pomagał. – Przepraszam – powiedziała – ale muszę lecieć na zebranie KOR-u. – Nie, pojedzie pani z nami na komendę – odpowiedziała owa para. Okazali się funkcjonariuszami SB. Kowalska znała ich twarze, ale z rewizji w swoim mieszkaniu. Jak wyszła, to opowiadała to wszystkim naokoło, parodiując i siebie samą, i owych funkcjonariuszy.

KOR rewolucjonizował wszystkim życie prywatne. Nie można było mieć w domu prywatnych listów. Nie można było normalnie rozmawiać. Nie można było sobie nic prywatnego notować. To dla pisarki Kowalskiej było trudne do zniesienia.
W książce „Szminka na sztandarze” poświęconej kobietom „Solidarności” tak tłumaczy autorce, Ewie Kondratowicz, dlaczego wstąpiła do KOR-u: „Była to paroletnia, naskładana gorycz, poczucie zupełnej beznadziejności, spędzanie życia w świadomości, że ono po prostu jałowo płynie w warunkach głupstwa, wszechpanującego głupstwa, co najmniej głupstwa i kłamstwa. Poczucie, że jest się na jałowym biegu. Na nic się człowiek nie zgadza, niczego nie jest w stanie aprobować, nie może też niczego zrobić, bo ani pomysłu nie ma, ani siły”. W KOR-ze zajmowała się m.in. redagowaniem biuletynu o represjach – zbierała informacje o tym, kto został zatrzymany, kogo zwolniono, kogo pobito lub wyrzucono z pracy. – Komunikaty były pisane bezprzymiotnikowo, suchym językiem faktów. Wstrętnym, drewnianym językiem, korkowcem – mówiła Kowalska. I znów – dla pisarki taki język był jak więzienie.

W związku z pracą nad komunikatami jej mieszkanie przypominało centralę telefoniczną. To do niej i do Jacka Kuronia dzwonili zagraniczni dziennikarze po informacje o Polsce. To ona m.in. informowała media zachodnie o represjach wobec opozycji.

Wcześniej próbowała działać w ramach Stowarzyszenia PAX, z którego jednak wystąpiła po Marcu ’68. Absolwentka polonistyki na KUL-u pracowała początkowo jako korektorka, później redaktorka w wydawnictwie PAX. Kiedy zaczęła swoją jawną działalność opozycyjną, wprawdzie nie zwolniono jej, ale nie pozwolono przychodzić do wydawnictwa. Odtąd redagowała w domu.

W nocy 13 grudnia 1981 r. została internowana. Trafiła do obozu w Gołdapi, później przeniesiono ją do Darłówka. Prosto z Darłówka, zwolniona po amnestii w lipcu 1982 r., trafiła ciężko chora do szpitala. Wkrótce wyjechała na leczenie do Francji, po powrocie przeszła na emeryturę.

Wydała cztery tomiki wierszy, w paryskiej „Kulturze” barwne i całkiem niekombatanckie wspomnienia z czasów korowskich oraz powieść – ekranizowaną w 1995 r. przez Krystynę Jandę, przetłumaczoną na pięć języków „Pestkę”. W 1981 r. zamknięto ją w więzieniu na warszawskim Grochowie razem z Marią Wosiek, też członkinią KOR-u. Wosiek poprosiła o wypożyczenie z biblioteki więziennej „Pestki”. Okazało się, że choć „Pestkę” tam mają, to wypożyczać ją mogą tylko funkcjonariusze więzienni.

W wydanym przez podziemny Przedświt w 1987 r. tomiku „Racja stanu” tak mówiła o swoim pisaniu: „Piszę rzadko, z trudem i tylko wtedy, gdy już nie umiem się powstrzymać. (…). Ci, którzy lepiej mnie znają, potwierdzą, że w gruncie rzeczy wolę czytać to, co napisali inni”.

– Zawsze była niepraktyczna i nieżyciowa – wspomina jedna z jej przyjaciółek. Kiedy jednak Aniela Steinsbergowa, członek KSS „KOR”, wymagała całodobowej opieki, jej zorganizowaniem zajęła się właśnie Kowalska. Była na każde skinienie. Podobnie zachowała się wobec przyjaciółki Steinsbergowej Heleny Merenholz.

Anka Kowalska zmarła 29 czerwca 2009 roku w Warszawie.

na podstawie tekstu
Joanny Sokolińskiej

Źródło: Gazeta Wyborcza